Uwielbiam weekendy. Dni, kiedy jestem tylko dla przyjaciół, bez makijażu, z nieładem na głowie i sercem na dłoni. Nie muszę przejmować się pracą czy nauką, a najważniejszą rzeczą jest jak najszybsze upicie się do granic wytrzymałości.
No dobra, weekend wylądował. Pamiętajcie - kulturalnie i bez patologii. Zwłaszcza oszczędzajcie się na dzisiejszych imprezach, żeby jutro się na jakiś nagrobek nie wywalić i nie pochlapać płaszcza woskiem.